sobota, 16 listopada 2013

tanie gotowanie.

Moja znajoma przyjechała do swojego studenckiego mieszkania z pustym brzuchem, więc pierwszą czynnością, którą po otwarciu drzwi wykonała, było istotnie – sprawdzenie zawartości lodówki. Zapasów na apokalipsę nie było, więc obecnej w domu współlokatorce zaproponowała zakupy. Dziewczyna spojrzała na nią spode łba i burknęła ‘Po co ? Przecież jest herbata.’.

źródło grafiki: http://4.bp.blogspot.com/_mhk6vOOpv5M/TSZC6jEpsuI/AAAAAAAAABE/wl79r1zQDVs/s1600/kanapka+studencka.jpg

Jeszcze w liceum mamiono nas przekonaniem, że jak student – to biedny i radzić sobie musi. Po internecie krążyły zdjęcia parówek gotowanych w czajniku, czy iście akademickiego przysmaku – chleba posmarowanego nożem. Sama w końcówce ostatnich wakacji objadałam się więc do oporu, podpierając się wymówką ‘na studiach schudnę, bo przecież nie będzie tyle dobroci’.

Kontrolnie sprawdzam teraz wnętrze mojego burczącego urządzenia chłodzącego i nieskromnie muszę przyznać, że …. skromnie nie jest. Co prawda moja współlokatorka obdarzyła mnie ostatnio stwierdzeniem, że w dzisiejszych czasach nie ma biednych studentów. Ja jednak burżujką też nie jestem, a kieszonkowe mają wystarczyć stosownie ‘na przeżycie’. W czym więc tkwi problem ? W kwintesencji lenistwa (bo mamusia nie zrobi) czy nieumiejętności oszczędzania ?

źródło grafiki: http://2.bp.blogspot.com/-Tazkws7drpM/UM8Dp3hU-8I/AAAAAAAAEb8/SsLvZTL_uXA/s1600/1284455823_by_Shariana_600.jpg

Musiałam uciec 200 km od domu, żeby to zrozumieć. Z przyczyn odległości - często babci nie odwiedzam, więc przysłowiowych słoików też na długo nie starcza. Na uczelni miałam się pojawić już we wrześniu, więc przez pierwszy samotny miesiąc kulinarnie raczyłam siebie wizytami w galeriach. Założyłam, że dziennie 20 zł starczy mi na zapewnienie sobie stosownych śniadań, kolacji, a także obiadów. Zwykle się mieściłam, całkiem przyjemnie mi to wychodziło… tylko gdyby to tak sprytnie przekalkulować (20zł x 30 dni) to 600 zł bym przejadała, a do takiego rachunku doprowadzić nie chciałam. Pogoniłam więc babę do garów.


Zaczęłam od wizyty w markecie. Chyba nigdy w życiu tak skrupulatnie nie przyglądałam się cenom. Często-gęsto swoje smakołyki wrzucałam radośnie do koszyka rodziców i kiedy ktoś by mnie zapytał 3 miesiące temu ile kosztuje kilo ziemniaków, czy litr mleka zdecydowanie nie uzyskałby odpowiedzi.

źródło grafiki: http://www.bankier.pl/static/att/68000/2034004_Wykres777MiesiecznekosztyutrzymaniastudentawgscenariuszaII.jpg

Muszę przyznać, że jako fanka włoskiej kuchni najbardziej ucieszyłam się z ceny makaronu. Nie dość, że rzecz niebywale niskokaloryczna, to banalna w gotowaniu i daje ogromne pole do popisu w kuchni – można z niej zrobić dosłownie wszystko. Co więcej - paczka makaronu starcza na parę obiadów, więc zawsze warto go mieć w szafce.

Żeby pichcenie w domu, okazało się jeszcze tańsze niż jest - warto kuchnią się podzielić z współlokatorami. Z moimi dziewczynami to wychodzi jakoś tak naturalnie - nie wydzielamy sobie półek w lodówce, żadna nie ma podpisanego napoju, a i wyznajemy zasadę, że najsympatyczniej jest przy wspólnym stole, więc niemal każdego dnia któraś częstuje zawartością garnka - pozostałą resztę. Przy takim zwrocie akcji moja dzienna dawka żywieniowa wynosi koło 5-7 zł dziennie...  I do takiego sposobu oszczędzania zachęcam was szczególnie. Tarta z łososiem,czy krem z kurek są naprawdę realne, przy takim rozwiązaniu.


Jeśli masterszefem byście się jednak nie określili (choć studia to doskonały czas na zdobywanie nowych umiejętności) albo jesteście po prostu leniwi - fajnym miejscem na ziemi są bary mleczne -te Poznańskie oferują dwudaniowy obiad w cenie 10 zł, w dodatku smaczny i niemalże domowy. Prawie zawsze można je dostać też w opcji 'na wynos' i zjeść gdzieś w biegu czy przed laptopem w mieszkaniu.

źródło grafiki : http://grafik.rp.pl/grafika2/667930,691127,16.jpg

Tak pomocne jak lista zakupów jest również tygodniowe menu. Przysiądźcie, zastanówcie się, znajdźcie czas na pichcenie i chodźcie do sklepu raz na 7 dni - oszczędzicie zbędnych zachcianek, na które często przy zakupach macie ślinkę.

źródło grafiki: http://fitkid.pl/images/planer%20menu.jpg

Oprócz tego... ach tak - na koniec przypominam o kuszących promocjach. Być może w waszej rodzinnej lodówce niekoniecznie wszystko wam smakowało, ale tu jedzenie zapewniacie sobie sami. Jemy oczami, bezkonkurencyjnie ładujemy do wózka, jedzenie niepotrzebnie zalega w naszych kuchniach, a pod koniec miesiąca okazuje się, że nie ma za co wrócić do mamusi po pierogi.

Na obecną chwilę w waszym studenckim życiu - nie ma nic gorszego niż 'przejedzenie' pieniędzy.

Na koniec polecam wam jeszcze facebookowy 'Studencki budżet',
gdzie na bieżąco będziecie informowaniu o wyjątkowych, sprawdzonych okazjach.

Czas coś zjeść.
-manipulantka.

2 komentarze:

  1. nic dziwnego, że warszawscy studenci to typowe słoiki - tyle pieniędzy na samo żarcie o.O

    OdpowiedzUsuń
  2. hahhahahhahahahah "przecież jest herbata"! <3 Nadrabiam zaległości blogowe i dopiero teraz wpadłam na tę notkę :( chciałabym być biedną studentką, może 6 kilo poszłoby w drugą stronę..przy okazji polecam promocje Fresh Marketu, jak widzę 4 batony za 3 zł, to nie mogę się oprzeć, i 2 paczki makaronu za piątaka, życie na promocjach jest takie piękne

    OdpowiedzUsuń