czwartek, 28 listopada 2013

pieniądze na wynos.

Świadomość, że masz jeszcze czas, pozwala odkładać wszystko na później. Niespostrzeżenie zachodni tryb życia dotarł do nas szybciej niż sądziliśmy, stąd każdy w rubryczce 'wady' bez zastanowienia dopisuje sobie 'lenistwo'. I nikogo to nie szokuje, ani nie dziwi, bo twoja porażka, czy błąd jakoś milej prezentują się na tle miliona innych.

A owo lenistwo wzięło się z rzeczy... na wynos. Modne stało się pracowanie w domu. Laptop, internet i właściwie nie musisz oddychać świeżym, spalinowym powietrzem, żeby cokolwiek załatwić.
Jesteś głodny ? Zadzwoń po pizzę. Prezent na gwiazdę ? Allegro. Nowa bluzka ? Sklep online. Książka ? Empik.com daje upust internetowym klientom.


A bank ?



Bank jest teraz wszędzie gdzie ty, twoja komórka bądź komputer i rzecz jasna... WiFi.

 Panie i Panowie....
 - oto stos zalet -
konto internetowe


Swego czasu, kiedy byłam mniejsza gabarytowo i młodsza wiekiem, siadając na skórzanej kanapie w banku lubiłam wypełniać stos druczków. Wymyślałam nazwiska, adresy, niewyobrażalne dla kilkulatki kwoty i czasem coś mówiłam do siebie, wzbudzając zainteresowanie stojących w ogonku, zmarnowanych życiem klientów. Moja mama sterczała gdzieś na szarym końcu, stąd 'co by się dziecko nie nudziło' pozwalała mi się tak introwertycznie bawić. 

Naście lat później studiuję ekonomię.



I do banku nie chodzę. Byłam założyć konto kilka miesięcy temu, a wtedy do teczki pełnej formalności, przemiła pani dorzuciła wizytówkę, która później okazała się być numerem i hasłem właśnie do konta internetowego. Wiedziałam o tym co nieco, bo te dwa słowa skłoniły moich rodziców do powzięcia edukacji komputerowej. Dzięki bankowi online śmigają teraz po sieci, a swoim kontem operują bezpośrednio z domu.

I ja też. 
A dlaczego ? 

No bo właśnie przede wszystkim nie trzeba stać w kolejce. Rezerwować czasu na wykonanie najprostszych czynności finansowych. Wklepuję numer, ustalone przez siebie hasło i jestem na miejscu.

  • Na pulpicie mojego profilu wita mnie stan konta. Może to niekoniecznie pokrzepiająca informacja, ale mam ten podgląd na bieżąco i mogę uważnie badać swoją  obecną sytuację. Oszczędność się tu sprawdza, bo w każdej chwili mogę przewidzieć czy do końca miesiąca wystarczy, sprawdzić czy powinnam sobie pozwolić na nową książkę, albo zwyczajnie rozplanować z głową kolejne wydatki.

  • Internetowo konto nie jest ograniczone czasowo. Tego banku nie zamkną o 17.00, masz go 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, na ekranie komputera, tabletu, czy smartfona.Oszczędzasz nie tylko pieniądze, ale i swój jakże cenny czas. 

  • Bez przeszkód i zupełnie bezpiecznie możesz tu wykonać przelew czy zasilić konto w telefonie. Co ważne - sprawa jest nie tylko wygodna, ale i zupełnie bezpieczna - każda transakcja musi być potwierdzona kodem, który otrzymasz sms-em, lub za podaniem tego ze specjalnej zdrapki. Rachunki, czy zakupy online nie stanowią problemu.

  • Jeśli myślimy już o 'oficjalnym' oszczędzaniu, większość kont internetowych daje możliwość bezpośredniego inwestowania zgromadzonych na koncie środków w różne inne produkty bankowe, jak lokaty, ubezpieczenia, czy fundusze inwestycyjne.

  • Największą jednak zaletą jest chyba fakt, że są one banalne w obsłudze. Wystarczy umiejętność swobodnego serfowania po sieci, żeby nie bać się 'elektronicznego banku'. 
Stąd chyba nie macie wątpliwości, że ja pokochałam ten sposób zarządzania budżetem.
Niemniej jednak są i ludzie, którzy cenią sobie kontakt interpersonalny.
Sprawdźcie co sądzą na ten temat inni:

wtorek, 26 listopada 2013

studencki bankowy przywilej

W kilku poprzednich wpisach zdarzało się autorom zwrócić uwagę na różnego rodzaju ulgi studenckie. Jednak istnieje jeszcze jeden ( tak, to chyba ostatni :< ) przywilej skierowany do braci studenckiej. Nierozerwalnie połączony z bankowością, lecz bynajmniej nie chodzi o ulgę na prowizje podczas korzystania bankomatu... Nawiążę dzisiaj do kredytów studenckich.

Co prawda tegoroczne zbieranie wniosków o dostąpienie wyżej wymienionej przyjemności zakończyło się parę dni temu, jednak sądzę, że każdego może zainteresować koncepcja prawdopodobnie najkorzystniejszego kredytu na bankowym rynku. Sprawa prezentuje się następująco, pożyczkę uzyskać można na okres do 6 lat, czyli do ukończenia studiów. W czasie trwania nauki wypłacana jest kwota 600 zł miesięcznie, 10 razy w roku, co przy założeniu, że studiujemy przez pięć kolejnych wiosen daję sumę 30 000 zł. Dodatkowo, to państwo spłaca wszystkie odsetki do czasu zakończenia studiów + przez kolejne dwa lata! A nawet wtedy, czyli prawdopodobnie siedem lat po otrzymaniu pierwszej wpłaty oprocentowanie jest kilka razy mniejsze niż w przypadku zwykłych kredytów.

Brzmi przyjemnie. Jednak należy spełnić kilka podstawowych warunków:
  • Studia muszą być rozpoczęte przed 25 rokiem życia.
  • Osoba składająca wniosek musi być studentem lub doktorantem dowolnej wyższej uczelni w kraju.
  • Pierwszeństwo mają osoby o niższych dochodach na osobę w rodzinie.
Po dwóch latach od uzyskania dyplomu ( ten czas mądrze zwie się "okresem karencji" ) już na nasze barki spadają koszty wcześniej otrzymanego kredytu. Tutaj ponownie cały świat idzie nam na rękę: liczba rat do zapłaty jest dwa razy większa od ilość rat otrzymanych. Czyli jeśli na nasze konto bank wysłał pieniądze 50 razy po 600 zł, to my spłacać będziemy 100 razy po 300 zł plus odsetki. Przyznacie, że tempo dość delikatne. Z kolei jeżeli ktoś należy do grupy uczelnianych geniuszy, a konkretnie 5 procentowej elity danego rocznika, to 20% z całej kwoty zostaje umorzone!

Myślę, że kredyt ten jest skierowany przede wszystkim do osób, których sytuacja ekonomiczna rodziny jest niewystarczająca na pokrycie kosztów nauki. Z pożyczką z pewnością odnajdą się osoby przedsiębiorcze, którym umożliwi to szybki i intensywny start tuż po studiach. Jednak nawet Ci, którzy nie do końca widzę w lustrze rekina biznesu mogą użyć kredytu jako budżetu do lokaty lub innych bezpiecznych inwestycji. Pamiętajmy, że jest to najtańsza dla kredytobiorcy opcja na rynku! Warto jednak zauważyć, że powinny tu uważać osoby, które wiedzą, że większość kwoty przeznaczą na konsumpcję. To niestety nie jest zbyt fortunny pomysł.

nonsensowny

niedziela, 24 listopada 2013

Akcja wakacje.

Dzisiaj będzie o wakacjach. Jesienna depresja udziela mi się już stanowczo za długo, a szkoła - mimo, że to dopiero zaawansowany początek - bardzo chce żebym się poddała. W każdym miesiącu powinno się pojawić dodatkowe 7 wolnych dni, tak dla regeneracji, coby człowiek nie zwariował. Tak czy inaczej, skoro nawet ostatnie wakacje całkiem niedawno zostały zamknięte - listopad to dobry czas, żeby pomyśleć już o następnych (choćby po to, żeby uciec od chandry i oddać się fantazjowaniu). Z zaoszczędzonych pieniędzy, można bowiem uzbierać całkiem przyzwoite kieszonkowe na wakacyjne piwo i drinki z palemką.....




Sytuacja może nie wyda wam się tak bardzo oszczędna, jeśli urlop planujecie w pojedynkę lub szykujecie się na romantyczny wyjazd tylko we dwoje. Super tanie pakiety dla singli i par pojawiają się w ofertach last minute. Jeżeli jednak tak jak ja - cenicie sobie wypoczynek w towarzystwie paczki przyjaciół, bo wakacje na ostatnią chwilę dla piątki (i więcej) osób znaleźć ciężko; to radzę się zabrać za przeglądanie właśnie w końcówce tego roku. Z pewnością będzie w czym przebierać.


Ja wybredna w kwestii wakacji nie jestem -każde  mogłabym spędzać w namiocie nad jeziorem. Jednak we wszystkich paczkach znajdzie się zawsze kilka marud, którym taki pomysł niekoniecznie przypada do gustu. Bo komary, albo deszcz, to niewygodnie, to tam się nic nie dzieje.. i tak dalej. U mnie co roku sprawdza się przekonanie, że jakie towarzystwo-taka wyprawa, więc za swoimi ludźmi pojechałabym wszędzie.

A jeśli można daleko, a za małe pieniądze
 - czemu miałabym nie skorzystać ?
                                

Od czego zacząć ? Od ustalenia, gdzie chcielibyście się wybrać. Należy się zebrać i konkretnie zdecydować: Polska czy zagranica ? Góry czy morze ? Hotel czy domek letniskowy ? - pole do popisu jest ogromne, dlatego, coby rozwiązać kwestie sporne- warto skonkretyzować plany, a dopiero później rozpocząć poszukiwania.

Nie w moich interesach jednak rozwiązywanie ludzkich sporów i konfliktów. 
Miałam pisać o pieniądzach i do nich się właśnie przedzieram

U mnie to zawsze wychodzi tak sprytnie, że co roku mam okazję poznać jakąś nową możliwość spędzenia urlopu. Od koloni przez pielgrzymki, po wczasy all inclusive. 

Myślę, że skorzystałam z wielu form i wiele fajnych, a oszczędnych mogę Wam polecić.

O takich kilku opowiem dzisiaj:

1. Jeśli planujecie spontaniczny, kilkudniowy wypoczynek i skupiacie się wyłącznie na poszukiwaniach noclegów i kwestii wyżywienia, musicie sprawdzić, czym jest 'kuponowy urlop'. Stron proponujących taką formę jest cała masa.  Osobiście w tym roku przetestowałam www.sweetdeal.pl za sprawą którego spędziłam 3-dniowy pobyt w stolicy z pakietem śniadań i kolacji, który kosztował mnie i mojego przyjaciela łącznie 139 zł (dla porównania przeciętna doba za osobę w warszawskim hostelu kosztuje ok.50 zł). 
Oszczędność pierwsza klasa, choć nie obejmuje transportu - o czym należy pamiętać.

Kupony warto wziąć pod uwagę również w kwestii zbliżającego się sezonu narciarskiego czy chociażby sylwestra :)


2. W tym roku dość późno zdecydowaliśmy się z przyjaciółmi na poszukiwanie wakacji idealnych. Kiedy przeszliśmy się po kilku spopularyzowanych  biurach podróży z akcją "Szukamy wakacji do 1500 zł" pracownicy tamtejszych miejsc z trudem powstrzymywali śmiech. Proponowano nam głównie Bułgarię i Turcję (bo tam faktycznie najtaniej), ale to nie był szczyt marzeń, a cena i tak wychodziła sporo poza naszą górną granicę. Uruchomiliśmy nasze śledztwo internetowo - każdy grzebał, znajdował, a potem nie byliśmy pewni czy podjąć się kupna oferty bez odbycia rozmowy z kimkolwiek żywym i rezygnowaliśmy.

Sprawdzajcie, zawsze. Ostatnimi czasy masa biur bankrutuje, a przedłużenie wakacji bez noclegu, znajomości języka czy braku dodatkowej gotówki nie zawsze jest super opcją. 

Co nie zmienia faktu, że agencje turystyczne wciąż są najchętniej wybieranym źródłem wypoczynku.
Wszystko jest załatwione na tyle, że w waszej kwestii pozostaje tylko dotarcie na lotnisko.
A przecież nikt na wakacjach nie chce zatruwać sobie głowy dodatkową organizacją.



3. Jakiś czas temu dowiedziałam się również o wakacjach prawdziwie studenckich.
Na www.student.travel.pl co raz pojawiają się nowe propozycje do dłuższego spędzania wolnego czasu. Młode towarzystwo, imprezowanie i zdecydowana większość wycieczek objazdowych, kuszą mnie i ciągną za włosy. Dwie koleżanki były, wróciły zadowolone, więc kto wie... może wkrótce i ja skorzystam z przywileju posiadania indeksu.

4. Wyjazd z księdzem wciąż budzi mieszane uczucia, a zupełnie nie powinien. Kościelne wakacje niekoniecznie polegają na chodzeniu na klęczkach, bogatych w odciski pielgrzymkach czy całodniowych koronkach. Warto sprawdzić czy w waszej parafii nie organizuje się jakiś tego typu urlop. Dwa lata temu miałam okazję pobawić się między pingwinkami we Włoszech i muszę przyznać, że był to jeden z moich ulubionych wyjazdów. Takie wczasy nigdy nie noszą wygórowanych cen, a praktycznie zawsze mają zaplanowany wyjazd do ostatniego guziczka. Można się na nich sporo dowiedzieć i jeszcze więcej zobaczyć (tam zwiedzanie jest podstawą). Gwarancja przezabawnych, przesympatycznych i otwartych na nowe znajomości ludzi.

5. Dla odważnych śmiałków : work campy (obozy połączone z pracą społeczną), home exchanging (wakacyjna wymiana na domy), czy tak bardzo popularny - autostop. Odnośniki do stron rozwijających te pojęcia i zagłębiające temat, znajdziecie klikając w nazwę projektu :)


6. Jeśli chodzi o kwestię samego transportu i podróżowania do większych miast Polski (ale również Berlina, Wiednia czy Pragi) nie mogłabym tu pominąć Polskiego Busa, który przy wcześniejszej rezerwacji miejsc online proponuje wam przejazd komfortowym autobusem już od złotówki. Na pokładzie wygodne fotele, WiFi, a na wybranych kursach nawet darmowy poczęstunek. 
Ostatnio firma poszerzyła swoją działalność o klika dodatkowych tras, więc przypuszczam, że wkrótce uda mi się oszczędnie odwiedzić moich wrocławskich przyjaciół




Tak czy inaczej oszczędzanie na wakacjach nie musi boleć, nie musi wymagać dodatkowych wyrzeczeń,
a jeśli mamy się świetnie bawić i nie wydawać przy tym góry pieniędzy, to czemu by nie skorzystać ?

ciekawie o tym temacie jeszcze Jakub Porada w serii filmików, które gorąco polecam.
Tanie podróżowanie - tu akurat o Kopenhadze


Cieplutko w tą paskudną pogodę
-manipulantka.

sobota, 23 listopada 2013

zbiór porad należących do oszczędzania

Zdaje się, że nawet amerykańscy naukowcy badań w tej dziedzinie nie zdążyli przeprowadzić, więc pozostaje mi jedynie postawić niepodparta dowodami tezę: im więcej wydajemy, tym mniej posiadamy. Założenie banalne. Oczywiście, ale warto by się zastanowić co uczynić aby jednak wydawać nieco mniej?

Osoby nieszczęśliwe wydają więcej. Jesteśmy źli, nieśmiałym krokiem dążymy w kierunku depresji. Nagle wydawanie przychodzi nam bez żadnego problemu. Przestajemy zastanawiać się nad przyszłością, nawet tą niedaleką. Pragniemy rozrywki, natychmiast. Znalezienie odpowiednich zainteresowań zwyciężą w wojnie z niekontrolowanym wyrzucaniem kasy. Automatycznie uciekamy w kierunku pasji, bo tam widzimy pewną ulgę. Ćwiczenia czy prowadzanie bloga są zdecydowanie tańsze niż wycieczka do baru, a także zauważalnie przyczyniają się do rozwoju naszej osoby.

Zapisywanie sobie realnych celów. Zasypiamy z myślą o jutrzejszym popołudniu, podczas którego podejmiemy udaną próbę pobicia rekordu Guinnessa w ilości wykonanych pompek. Tuż po otwarciu oczu, akurat podczas jedzenia obiadu, zaskakuje nas popołudnie i brutalnie uświadamia, że jednak jednoosobowa olimpiada w wyciskaniu samego siebie zostaje przełożona na najbliższy możliwy termin. Łatwiej spełnia się zapisane na kartce i umieszczone w widocznym miejscu plany. Nieodzownie wiążę się to z oszczędzaniem, ponieważ znacznie łatwiej zrezygnować z batonika gdy mamy wyraźną i ściśle określoną wizję celu, np wymarzonego telefonu. Przestajemy wtedy wydawać pieniądze na rzeczy, jak się okazuje, niekoniecznie niezbędne do radosnej egzystencji, a i satysfakcji z osiągnięcia rośnie.


Zróbmy ofiary z przysługujących nam zniżek. Studenci i młodsi, dumnie krocząc przez lata zdobywania wiedzy, mają dostęp do wielu różnych promocji. Należy bezlitośnie korzystać ze wszelkich możliwych ulg, które dostaniemy za okazaniem legitymacji. Warto też zwracać uwagę na niektóre oferty usługodawców. Kina często oferują tańsze wejściówki w środku tygodnia, pływalnie zniżki dla grup. Wiele sklepów daję różne rabaty za facebookowego "lajka". Pewnie skoczmy w silny nurt konsumpcjonizmu, ale uważajmy żeby za bardzo nie zakrzywił naszej trasy. Pamiętajmy do czego dążymy, nigdy nie płaćmy za coś, czego nie potrzebujemy, tylko dlatego że jest taniej.

Podejmowanie świadomych decyzji. Zanim zapłacisz, pomyśl. Czas zastanawiania się powinien być wprost proporcjonalny do ilości wydanych złotówek. Uwaga ta w szczególności dotyczy wykupywania różnorakich karnetów, kursów. Przed wyrzuceniem stówy na możliwość czasowo nieograniczonego przebywania w pobliskiej świątyni fitnessu i muskulatury rozważ, czy może lepiej po prostu pobiegać na dworze. Prześpij się z pytaniem, czy kurs hebrajskiego przypadnie Ci do gustu.


Wspólnym mianownikiem wszystkich wyżej opisanych wskazówek jest rozwaga. Ludzie trzeźwo ( prawdziwe dla obu znaczeń ) myślący wydają mniej na rzeczy zbędne. Przepuszczanie banknotów nieświadomie, bez zastanowienia jest mordercą idei oszczędzania. Spontaniczność jest piękną i intrygującą cechą, ale bardzo niewiele dzieli ją od zwykłej, szarej i dla postronnych zabawnej głupoty.
A oszczędzanie to przecież cecha tych inteligentnych...

nonsensowny

środa, 20 listopada 2013

urodę kupię - TANIO !

 Siedem sekund. Dokładnie tyle czasu potrzeba każdemu z was, żeby ocenić nowo poznaną osobę. Nie ma się co oszukiwać – nawet zdania powiedzieć nie zdążycie, a już was pokochają, albo znienawidzą. Pierwsze wrażenie bazuje głównie na okładce. Według naukowców zielonoocy będą się nam wydawać  władczy i przebojowi, pachnący drzewem sandałowym mężczyźni – bardziej atrakcyjni,  a brunetki inteligentne. Jak bogatego wnętrza byście nie mieli – to od wyglądu skorupki i polewy zależeć będzie ocena waszego smaku.

Patrząc na sprawę przez pryzmat oszczędzania, postawiłam sobie pytanie – Ile trzeba wydać żeby dobrze wyglądać ? 


Telewizja i gazety razem z internetem atakują nas masowo pojawiającymi się reklamami kosmetyków. Nagle okazuje się, że twoją maszynkę za 5 zł powinien zastąpić miodowy wosk do depilacji, lakier do paznokci – ten trwalszy, bo hybrydowy, a o swojej ulubionej mascarze powinnaś bezapelacyjnie zapomnieć – na rynku pojawiły się rzęsy z futra norek.....



Przez całe życie sądziłam, że piękni mają łatwiej. Praca, związki, zawieranie nowych znajomości i chyba w ogóle cała ta pewność siebie bierze się z tego, jak czujemy się we własnej skórze. Wraz z przystąpieniem do grona studentów, pojawiła się więc we mnie chęć doskonalenia sztuki makijażu. Chociaż 'doskonalenie' to chyba niezbyt odpowiednie określenie - rano smaruję się kremem i muskam rzęsy czarnym tuszem. Bakcyla do owej inicjatywy nauki zrodziła we mnie jednak informacja, że można kosmetykami - optycznie zmienić kształt nosa. Tak się nieprzypadkowo złożyło, że mój jest duży, krzywy, a na samym jego czubku dumnie prezentuje się mały pieprzyk. Moja reakcja była szybka- lista potrzebnych gadżetów i kierunek drogeria. W koszyku pojawia się kilka drobiazgów, a pani w kasie entuzjastycznie woła "Piećdziesiąt złotych i czterdzieści dziewięć groszy!". 


"Chyba ocipiałaś!" - krzyczy kolokwialnie mózg, ale ręka robi swoje. Drżącym ruchem dłoni sięgam po gotówkę...
 nuż widelec będę piękna.




Czytam poradniki, artykuły, oglądam filmy robione przez blogerki trochę innej kategorii niż ja. Niby wszystko dobrze, krok po kroku, ale zmian jakby brak.... Przynajmniej schudnę, oszczędzając pół stówy na jedzeniu - rzucam sobie sarkastycznie.




No nic. Człowiek przez całe życie uczy się na błędach. Mnie cała sprawa zaprowadziła do PR-owskich podręczników i niestrudzona poszukiwałam odpowiedzi na kwestię drogocennego piękna.


na co można i warto sobie pozwolić, 
a jak nie stracić głowy w bezsensownym maratonie za urodą ? 

czy bycie kobietą musi być drogie ?

 i ba

czy dbanie o siebie musi kosztować ?



Zasada 1: nie zbieraj


Bywa, że w naszej szafce pojawia się kolejny balsam do ciała, fluid, który nie był odpowiednio dobrany,
czy  krem do rąk "bo akurat był w promocji.". Rzecz jasna nie potrzebujesz nowych kosmetyków, ale.. akurat po atrakcyjnej cenie pojawił się cudownie pachnący mandarynkowy żel pod prysznic, a w reklamie mówią, że ten nowy anty trądzikowy tonik naprawdę czyni cuda.....
Nie rób zapasów - kupuj tylko to, czego aktualnie potrzebujesz. 






Zasada 2 : wszystko w jednym



Ponoć kiedy wszystko jest dobre, to nic nie jest.  Z tą zasadą do pojedynku stanęły produkty łączące właściwości kilku innych. Zamiast kupować szampon, odżywkę i serum - możesz to wszystko dostać w jednej buteleczce, mleczko do demakijażu i tonik ? Proszę bardzo.
Oferta szeroka, a sprawa nie dość, że tania, to jeszcze niesamowicie poręczna przy wszelkich wyjazdach, czy wyjściach na basen/siłownię, w domu natomiast nie zagraca łazienki.

Zasada 3: My Słowianie wiemy jak....

... wszystko zrobić po swojemu. Fakt, że najlepsze jest domowe pojawia się nawet w kategorii kosmetyków. Olejek kokosowy z cukrem to świetny przepis na peeling ust, a jogurt naturalny z oliwą i ulubionym zapachem, w odpowiednich proporcjach staje się doskonałą maseczką do włosów.
Wiele potencjalnych kosmetyków zawsze macie w swoich lodówkach. Sporządzone samodzielnie papki stanowią więc niesamowicie oszczędny produkt. 
Poza tym naturalne zawsze jest zdrowsze
(a tak serio, to taki peeling na przykład można później zjeść).




Zasada 4: nie przepłacaj

Być może faktycznie da się optycznie pomniejszyć nos i ewoluować z kaczątka w łabędzia.
Zgodzę się, że są kosmetyki na które warto wydać pieniądze, bo faktycznie są niezbędne i co więcej - skuteczne. Wertując swoje stare czasopisma znalazłam jednak dla was listę kilku takich produktów przy których cena nic nie wnosi.



1.Szampon 
-nie ma cudów. Rozdwajające końcówki trzeba po prostu obciąć, a efektowną objętość uzyskasz, śpiąc do góry nogami. Pamiętaj o podstawowym przeznaczeniu tego produktu - ma myć.
Zaoszczędzone pieniądze możesz przeznaczyć na odżywkę, na nią warto i.. można.

2.Puder
-ten 'ze średniej półki' będzie okey. Wiem, że potraficie na niego wydawać krocie, tymczasem okazuje się, że grunt to dobry podkład.

3.Lakier do paznokci
-tak czy siak odpada. Nieważne czy kosztuje 5 zł czy 20, po kilku dniach i tak ci się znudzi.

4.Kosmetyki myjące twarz
-wszelakie mleczka do demakijażu, toniki, żele myjące....
Jeśli wasza skóra nie jest wrażliwa, ani problemowa - naprawdę nie warto.

5.Żel pod prysznic
- Ja sobie doskonale zdaję sprawę, że zarówno marki jak i zapachy kuszą.
Spróbujcie sięgnąć po te inne, tańsze - zapewniam, że będą się pienić równie wspaniale



Koniec stereotypów moje Panie,
oszczędzajmy (bo wydajemy więcej niż panowie)! 
W całym szale znajdujmy jednak czas na przyjemności,
 a fundusze na nie, właśnie z tych zaoszczędzonych złotówek :)

niesfeminizowana, acz kochająca swoją stronę kobiecości
-manipulantka

poniedziałek, 18 listopada 2013

zjednoczona lojalność

Kropelka wody nieśmiało spływa po szybie, sprytnie wychodząc poza zasięg bezsilnych wycieraczek. Wraz z setką podobnych sobie koleżanek powoli acz zgrabnie, niechętnie lecz posłusznie dąży gdzie nakazuję bezwzględna grawitacją. Wyjęty spod zbioru tych praw wskaźnik paliwa, zafascynowany złudną wolnością kropelek, z właściwą dla złośliwych rzeczy martwych śmiałością przekracza oznaczenie "rezerwy". Z ust Kierującego rozchodzą się fale, które ucho potencjalnego odbiorcy przerobiłoby na charakterystyczne słowo... Ale jest! Tuż za zakrętem objawia się Ona. Oaza motocyklistów, utopijny sen kierowcy ciężarówki, spełnione marzenie fordowskiej myśli technicznej. Stacja paliw. 

Wraz z zaparkowaniem nosiciela kropelek przy dozowniku czarnego złota Kierujący staję się Konsumentem. O czym też jest niezwłocznie poinformowany, tuż po krótkim dialogu mającym na celu upewnienie się czy Kierujący nie ma aby ochoty na kawę? Nie, dziękuję. A czy Kierujący chciałby skorzystać z promocji na wycieraczki z funkcja wycierania szyb? Nie. A może hot doga w promo... Nie! Czy Konsument uczestniczy w programie lojalnościowym payback i posiada kartę? Gdy człowiek słyszy to pytanie pierwszy raz, pojawia się chwila konsternacji. Ile oszczędzić można jako lojalny Konsument?

Bierzemy na warsztat oficjalne dane ze strony payback.pl. Za dwa litry paliwa dostaniemy punkty, sztuk trzy. Lubię muzykę, wśród nagród trafem znajduje się odtwarzacz mp4, marki Grundig ( wartość realna, dostępny w sklepach, 70 zł ) wyceniony został na bagatela 16 700 punkcików, więc muszę kupić sobie 11 tysięcy litrów paliwa, wydać 55 tysięcy złotych. Jakbym jednak w swej długiej i krętej drodze zmienił cel życiowy na wiertarkę, wycenioną na 27 499 Punktów Lojalnego Konsumenta to atmosferę zanieczyszczę spalinami pochodzącymi z 18 tysięcy litrów paliwa!
Spójrzmy prawdzie w oczy, do czołgu ciężko przykręcić rejestrację, a takowy wehikuł to jedyna opcją zdobycia tylu punktów za paliwo. Lojalni Konsumenci to jednak osobnicy zrodzeni pod szczęśliwą gwiazdą, bo źródeł do zapełnienia karty jest wiele. W empiku przyznają punkt za dwa złote, tak samo czyni hiper(czy też super)market Real. Wspomnianą mp4 otrzymamy po wydaniu ponad 33 000 zł ;)


Oczywiście pieniądze wydajemy bez względu na to czy obdarują nas punktami, więc i tak jest to pewien bonus, otrzymany za darmo. Nagrody można zdobyć, opłacając cześć ich wartości pieniędzmi, a jednie "pomóc" sobie programem lojalnościowym. Zdarzają się też różne ciekawe promocję, rabaty... Nie uważamy aby używanie wszechobecnego payback, czy podobnego programu było błędne. Warto jednak zwrócić uwagę, że to także jest forma sprzedaży, gdzie my jesteśmy Konsumentem. Gdzie my płacimy, tylko nieco inaczej. Jeśli wybieramy dany sklep, ponieważ tam brakuję nam kilku (tysięcy) punktów do wymarzonego zegarka, warto się zastanowić, czy gdzie indziej nie było by taniej. Taniej o wartość zegarka. Oszczędzać tutaj należy bardzo ostrożnie i cierpliwie, nie nastawiać się na bardzo wartościowe korzyści. Pamiętajmy, programy lojalnościowe to promocja, a promocja zawsze wiąże się z wydawaniem. Nigdy z otrzymywaniem.
z ciekawą myślą zostawia
nonsensowny

sobota, 16 listopada 2013

tanie gotowanie.

Moja znajoma przyjechała do swojego studenckiego mieszkania z pustym brzuchem, więc pierwszą czynnością, którą po otwarciu drzwi wykonała, było istotnie – sprawdzenie zawartości lodówki. Zapasów na apokalipsę nie było, więc obecnej w domu współlokatorce zaproponowała zakupy. Dziewczyna spojrzała na nią spode łba i burknęła ‘Po co ? Przecież jest herbata.’.

źródło grafiki: http://4.bp.blogspot.com/_mhk6vOOpv5M/TSZC6jEpsuI/AAAAAAAAABE/wl79r1zQDVs/s1600/kanapka+studencka.jpg

Jeszcze w liceum mamiono nas przekonaniem, że jak student – to biedny i radzić sobie musi. Po internecie krążyły zdjęcia parówek gotowanych w czajniku, czy iście akademickiego przysmaku – chleba posmarowanego nożem. Sama w końcówce ostatnich wakacji objadałam się więc do oporu, podpierając się wymówką ‘na studiach schudnę, bo przecież nie będzie tyle dobroci’.

Kontrolnie sprawdzam teraz wnętrze mojego burczącego urządzenia chłodzącego i nieskromnie muszę przyznać, że …. skromnie nie jest. Co prawda moja współlokatorka obdarzyła mnie ostatnio stwierdzeniem, że w dzisiejszych czasach nie ma biednych studentów. Ja jednak burżujką też nie jestem, a kieszonkowe mają wystarczyć stosownie ‘na przeżycie’. W czym więc tkwi problem ? W kwintesencji lenistwa (bo mamusia nie zrobi) czy nieumiejętności oszczędzania ?

źródło grafiki: http://2.bp.blogspot.com/-Tazkws7drpM/UM8Dp3hU-8I/AAAAAAAAEb8/SsLvZTL_uXA/s1600/1284455823_by_Shariana_600.jpg

Musiałam uciec 200 km od domu, żeby to zrozumieć. Z przyczyn odległości - często babci nie odwiedzam, więc przysłowiowych słoików też na długo nie starcza. Na uczelni miałam się pojawić już we wrześniu, więc przez pierwszy samotny miesiąc kulinarnie raczyłam siebie wizytami w galeriach. Założyłam, że dziennie 20 zł starczy mi na zapewnienie sobie stosownych śniadań, kolacji, a także obiadów. Zwykle się mieściłam, całkiem przyjemnie mi to wychodziło… tylko gdyby to tak sprytnie przekalkulować (20zł x 30 dni) to 600 zł bym przejadała, a do takiego rachunku doprowadzić nie chciałam. Pogoniłam więc babę do garów.


Zaczęłam od wizyty w markecie. Chyba nigdy w życiu tak skrupulatnie nie przyglądałam się cenom. Często-gęsto swoje smakołyki wrzucałam radośnie do koszyka rodziców i kiedy ktoś by mnie zapytał 3 miesiące temu ile kosztuje kilo ziemniaków, czy litr mleka zdecydowanie nie uzyskałby odpowiedzi.

źródło grafiki: http://www.bankier.pl/static/att/68000/2034004_Wykres777MiesiecznekosztyutrzymaniastudentawgscenariuszaII.jpg

Muszę przyznać, że jako fanka włoskiej kuchni najbardziej ucieszyłam się z ceny makaronu. Nie dość, że rzecz niebywale niskokaloryczna, to banalna w gotowaniu i daje ogromne pole do popisu w kuchni – można z niej zrobić dosłownie wszystko. Co więcej - paczka makaronu starcza na parę obiadów, więc zawsze warto go mieć w szafce.

Żeby pichcenie w domu, okazało się jeszcze tańsze niż jest - warto kuchnią się podzielić z współlokatorami. Z moimi dziewczynami to wychodzi jakoś tak naturalnie - nie wydzielamy sobie półek w lodówce, żadna nie ma podpisanego napoju, a i wyznajemy zasadę, że najsympatyczniej jest przy wspólnym stole, więc niemal każdego dnia któraś częstuje zawartością garnka - pozostałą resztę. Przy takim zwrocie akcji moja dzienna dawka żywieniowa wynosi koło 5-7 zł dziennie...  I do takiego sposobu oszczędzania zachęcam was szczególnie. Tarta z łososiem,czy krem z kurek są naprawdę realne, przy takim rozwiązaniu.


Jeśli masterszefem byście się jednak nie określili (choć studia to doskonały czas na zdobywanie nowych umiejętności) albo jesteście po prostu leniwi - fajnym miejscem na ziemi są bary mleczne -te Poznańskie oferują dwudaniowy obiad w cenie 10 zł, w dodatku smaczny i niemalże domowy. Prawie zawsze można je dostać też w opcji 'na wynos' i zjeść gdzieś w biegu czy przed laptopem w mieszkaniu.

źródło grafiki : http://grafik.rp.pl/grafika2/667930,691127,16.jpg

Tak pomocne jak lista zakupów jest również tygodniowe menu. Przysiądźcie, zastanówcie się, znajdźcie czas na pichcenie i chodźcie do sklepu raz na 7 dni - oszczędzicie zbędnych zachcianek, na które często przy zakupach macie ślinkę.

źródło grafiki: http://fitkid.pl/images/planer%20menu.jpg

Oprócz tego... ach tak - na koniec przypominam o kuszących promocjach. Być może w waszej rodzinnej lodówce niekoniecznie wszystko wam smakowało, ale tu jedzenie zapewniacie sobie sami. Jemy oczami, bezkonkurencyjnie ładujemy do wózka, jedzenie niepotrzebnie zalega w naszych kuchniach, a pod koniec miesiąca okazuje się, że nie ma za co wrócić do mamusi po pierogi.

Na obecną chwilę w waszym studenckim życiu - nie ma nic gorszego niż 'przejedzenie' pieniędzy.

Na koniec polecam wam jeszcze facebookowy 'Studencki budżet',
gdzie na bieżąco będziecie informowaniu o wyjątkowych, sprawdzonych okazjach.

Czas coś zjeść.
-manipulantka.

czwartek, 14 listopada 2013

Oszczędzanie w matrixie

Dumnie wkraczając w epokę minimalnej aktywności fizycznej coraz bardziej pochłania nas rzeczywistość wirtualna. Niezaprzeczalnie, częściej i chętniej kupujemy online. Dlaczego jednak preferujemy wyimaginowany spacer z myszką w ręku nad w pełni realne bodźce?
Całą zabawę z internetowymi zakupami można podzielić na kilka kategorii.

1) Serwisy aukcyjne. Od tego się zaczęło, powstanie stron z licytacjami umożliwiło użytkownikom kupowanie i sprzedawanie rzeczy za satysfakcjonujące obie strony kwoty. Z ceny odpadają koszta magazynowania i obsługi sklepu, dzięki czemu można zauważyć różnicę dla portfela. Aukcję wymagają jednak poświęcenia czasu. Nie ma też gwarancji, że uda nam się zdobyć to czego pragniemy, zawsze może pojawić się ktoś przebijający ofertę 15 sekund przed końcem. Taki bezpieczny hazard, bo możemy stracić jedynie ( aż? ) czas. W pewnym momencie twórcy serwisów aukcyjnych zauważyli tendencje do umawiania się poza aukcją na konkretną cenę i dodali opcję zakupu natychmiastowego.  Teraz jest to już popularniejszy sposób kupna online, nie zwiększa dodatkowo częstotliwości uderzeń serca pobudzając hormony stresu, jednak z pewnością to właśnie na aukcjach można więcej zaoszczędzić.

2) Porównywarki cenowe. Wszelakie sklepy z całego kraju zrzucają na jednym portalu swoje oferty, a my siadamy z laptopem na kolanach i w spokoju narzekamy na wysokie ceny i nieprzyjemnie wyglądające strony. Mamy tutaj możliwość bezproblemowego przeglądania cen danego, nowego produktu, kwoty są ładnie posortowane więc bezkompromisowo króluje wolny rynek i możemy wybrać najkorzystniejszą ofertę. Wyświetlane są tam jedynie sklepy, więc niwelujemy szanse na bycie oszukanym przez sprzedającego.

3) Zakupy grupowe. Prosta sprawa, firmy sprzedają swoje oferty z dużymi, realnymi ( ceny nie są wcześniej sztucznie zawyżane ) zniżkami, jednak warunkiem jest, aby zebrała się odpowiednio duża liczba chętnych. Wygląda to tak że na stronie serwisu publikowane jest ogłoszenie o 40% zniżce na przykład na posiłek w restauracji - upust będzie jednak aktywny dopiero kiedy zbierze się 100 chętnych. Powszechnie wiadomo, że spore zasoby ludzkie o podobnych zainteresowaniach najlepiej syntezuje internet, więc idea jest genialna w swej prostocie i coraz lepiej sprawdza się w polskiej rzeczywistości. Istotnym minusem jest jednak fakt, że z cała sprawą póki zetknąć można się jedynie w większych miastach.

4) Smart shopping. Podobno cechuję to jedynie jednostki inteligentne, więc zawsze można zacząć i podbić nieco własne ego:) Jest to z pozoru oczywisty pomysł, na porównywanie różnych dostępnych nam ofert i korzystanie z najlepszej. Musimy wyzbyć się podatności na reklamy oraz odrzucić emocje podczas zakupów. Musimy stać się wrogami prowadzących sklepy, ponieważ w trakcie przeczesywania galerii handlowej jednocześnie korzystamy z internetu i tam kupujemy ten sam produkt, ale taniej. Zadajemy niszczący cios malkontentom wirtualnych zakupów, bo teraz realnie widzimy produkt i jednocześnie płacimy online.

Internet z pewnością oferuję wiele różnych, często tańszych ofert produktów. Jednak według mnie podstawą jakichkolwiek oszczędnych zakupów jest zastanowienie się dlaczego chcemy coś kupić. Przyswojenie sobie podstawowych założenie inteligentnego kupowania prawdopodobnie najbardziej zauważalnie wpłynie na ilość cyferek wyświetlanych na bankowym koncie.

nonsensowny

wtorek, 12 listopada 2013

Jestem fajna - płacę kartą.

Oglądaliście film "Wyznania zakupoholiczki" ? Tytułowa bohaterka - Rebecca Bloomwood, opisując początki swojej przypadłości, opowiada o tym, kiedy jako dziecko podglądała w sklepach nowobogackie panie, które swoje zakupy finalizowały za pomocą 'magicznej karty'. Ona sama jakiś czas później za sprawą tej niezwykłej różdżki została ofiarą długów i częstych odwiedzin czarodzieja - windykatora.


Wspominam o tym, bo sama, zaledwie kilka miesięcy temu, stałam się posiadaczką swojej pierwszej plastikowej gotówki. Biała, z kolorowym delfinkiem i wyrytym na złoto nazwiskiem, w dziwny sposób sprawiała, że urosłam o 10 cm, a mentalnie awansowałam o jakieś dwie klasy społeczne.
Nieistotny był fakt, że na koncie miałam sto złotych.  "Płacę pay passem", wypowiadane przy zakupie batona, czyniło mnie w prosty sposób niebotycznie szczęśliwszą i dowartościowaną. Bo oto ja - przyszła, choć jeszcze niespełniona kobieta sukcesu - wkroczyłam w świat wielkich finansów (baton kosztował 1,50 zł).

Taka karta, jak wszystko w tym świecie, ma jednak swoje wady i zalety,
 które należy brać pod uwagę, jeśli chce się oszczędzać.

A my chcemy, prawda ?



 Po pierwsze- jako właściciel konta bankowego - już na wejściu możesz sobie ustalić odpowiednie limity: do płacenia zbliżeniowo, za pomocą kodu pin, jak i również - kwoty, którą dziennie możesz wybrać z bankomatu. Tym sposobem, ostatnio nie mogłam  zapłacić w kinie za bilet, bo okazało się, że swoją 'dniówkę' przekroczyłam. Radykalnie wybrane przez was kwoty założą smycz, dzięki której nie będziecie mogli poszarżować na zakupach.

Dodatkowo zahamuje Was także przyzwolenie na karty. W takiej Biedronce, której już się kiedyś czepiłam (choć ją kocham) - na chwilę obecną plastikiem nie zapłacicie. Sklepy w których istnieje taka możliwość, przeważnie mają wyższe ceny, bo do produktów właściciele doliczają sobie prowizję, jaką muszą płacić za luksus wprowadzenia czytników do kart. Nie wszędzie spotkacie się również z bankomatami. Zabite dechami wioski, w których będziecie chcieli wyskoczyć po mleko, ograniczą was do zjedzenia suchych płatków. Nie ma miejsca na odbiór 'pieniędzy ze ściany' - nie ma gotówki.

źródło grafiki: http://www.wiadomosci24.pl/artykul/bankomaty_wyplacaja_pieniadze_i_zabieraja_pieniadze_100729.html

Karta nie pokazuje ile ci jeszcze na niej zostało, a jeśli początkowo nie określiłeś limitu lub jest on dość wysoki- szybko pożegnasz się z początkowym stanem konta....choć banki zaczynają nam pokazywać nowe produkty, więc pewnie wkrótce nie będzie tego problemu.

Jak działa karta kredytowa z wyświetlaczem?
źródło grafiki : http://www.elektroda.pl/rtvforum/topic2494026.html

Jakby nie patrzeć - sprawa jest jednak niesamowicie wygodna. Nie mam przy sobie kasy ? Nic nie szkodzi, w portfelu jest karta. Nie bawisz się też w akcję 'mogę być winna grosika?', a po upływie gotówki, coś na kawę zawsze jest tam odłożone.

Warto również wspomnieć, że ryzyko w przypadku kradzieży torebki jest znacznie mniejsze. Nie dość, że twój pin jest sekretnym kodem, to w każdym momencie dojście do konta można szybko zablokować w banku.

Ode mnie dla karty  ? Duże tak. Jeśli posiadacz w zakupowym szaleństwie nie straci mózgu, to może się ona stać całkiem pomocnym gadżetem w drodze do oszczędzania. Grunt to pamiętać o limitach, planować wydatki, a na koncie zawsze będzie coś więcej niż zero.

-dziewczyna w zielonym szaliku,
manipulantka znaczy się

niedziela, 10 listopada 2013

Z pamiętnika Roberta Kubicy

Załóżmy, że całkowicie odbiegamy od słów znajdujących się w poprzednim wpisie. Przyjmijmy, że lubimy ludzi, ale jednak stężenie 3 osoby / m2 jest nieco odrzucające. Zatem jako bogaci studenci kupujemy ostatnio sprzedany samochód i jedziemy na stację. Tu dokonujemy zaskakującego odkrycia: ceny paliw znaczący przekraczają koszt biletu miesięcznego.... Jak zaoszczędzić na drodze?

Internet pełen jest kotów, rozwiązanych zadań z matmy, wiadomości tekstowych i Jedynego Słusznego Bloga o Oszczędzaniu, ale jakby poszukać to jest też trochę o eco-jeździe. Jest to zbiór informacji, których wykorzystanie zauważalnie wpływa na:
   




a) zużycie paliwa 
b) przyjemność z prowadzenia samochodu 
c) eksploatację auta



Cały problem eco jazdy opiera się na budowaniu nawyków, które przede wszystkim poprawią płynność poruszania się naszego samochodu, a co za tym idzie zmniejszy spalanie! Przyznam, że ja tematem zainteresowałem się głównie ze względu na chęć nabycia eleganckiego stylu prowadzenia. Oszczędzanie w aucie wcale nie jest nudne!
Kiedy spalamy najwięcej? Oczywiście podczas przyspieszania, im gwałtowniejsze manewry tym gorzej dla samochodu i drożej dla portfela. Garść informacji jak poprawić styl jazdy:

1) Uważna obserwacja sytuacji Należy nauczyć się "spoglądania dalej", wyłapywania jaki kolor przyjmą światła gdy do nich dojedziemy, czy za chwilę nie będziemy musieli hamować, aby zatrzymać się przed skręcającym samochodem. Lepiej jechać ze stałą, wolniejszą prędkością , niż na siłę dążyć do maksymalnej tylko po to by za moment gwałtownie zatrzymać się i stać w oczekiwaniu na możliwość ruszenia. Zauważmy, że czas przejazdu będzie taki sam.

2) Zachowania odpowiedniego odstępu Istnieje zasada utrzymania około 2 sekundowego odstępu pomiędzy nami, a autem z przodu. Jeżeli samochód przed nami mija drzewo, my powinniśmy przejechać obok nieszczęsnego drzewka dwie sekundy później. Dzięki odpowiedniej odległości możemy uniknąć gwałtownych hamowań i przyspieszeń ( przypominając przyspieszanie jest najdroższym elementem jazdy ). Odstęp należy zwiększyć przy prędkościach autostradowych lub ciężkich warunkach jazdy, ewentualnie zmniejszyć gdy poruszamy się wolniej niż rower.



3) Hamowanie silnikiem Sprawa polega na zmniejszaniu prędkości bez użycia hamulca. Gdy zbliżamy się do świateł, gdzie z daleka widać czerwoną lampkę, zamiast stale męczyć pedał gazu by potem przenieść nogę na ten po lewej, po prostu przestajemy przyspieszać. Dzięki temu być może wcale nie będziemy musieli się zatrzymywać ( a co za tym idzie, przyspieszać ). Czyli, jest to sposób zmniejszania prędkości polegający na nie używaniu pedału hamulca i redukowaniu biegu.







4) Jeździmy na najwyższym biegu Wyższy bieg tym bardziej optymalne spalanie. Oczywiście przy zachowaniu zdrowego rozsądku, każdy samochód posiada odpowiednie obroty, acz należy starać jeździć na tym najwyższym dla aktualnej prędkości. Warto też przypomnieć, że "jedynka" służy do ruszania i nie powinna być nadużywana. Z kolei podczas wyprzedzania bieg powinien być ( o ile to możliwe ) zredukowany, aby uzyskać większy moment obrotowy.

5) Nie jeździmy na "luzie" Stosowanie biegu jałowego i nadużywanie sprzęgła jest częstym i niewłaściwym nawykiem. Wiąże się z przestarzałym mitem o mniejszym zużyciu paliwa. Niestety, luz wcale nie jest bardziej ekonomiczny od hamowania silnikiem, a jednocześnie wpływa na czas reakcji w nagłej sytuacji, gdy trzeba gwałtownie przyspieszyć, skręcić, etc.

W mojej skromnej opinii "zabawa" w ekologiczną jazdę pozwala istotnie poprawić kontrole nad samochodem i jednocześnie zwiększyć objętość portfela. Nie wiąże się to z wolniejszym poruszaniem, w mieście i tak ciężko o szybkie przemieszczanie, więc warto chociaż zapoznać się z tematyką. Może akurat niektóre rzeczy wejdą w nawyk.
Dziekujący za poprzednie komentarze
i czekający na kolejne
nonsensowny

piątek, 8 listopada 2013

Forrest Gump w autobusie.

W grudniu minie rok, od kiedy jestem posiadaczką 16-letniego butelkowego volkswagena polo. Muszę
przyznać, że nasze początki nie były łatwe - zdążyłam nim przywalić już dwa tygodnie po otrzymaniu kluczyków, co nie odebrało mi jednak dalszej chęci prowadzenia auta. Do dzisiaj beznadziejnie parkuję, ruszam z górki i często nachalnie wymuszam pierwszeństwo, ale jakby nie patrzeć - całe wakacje, niemal codziennie spędzałam w aucie bez klimy - czy to na dłuższe dystanse, czy 10-minutowe wypady do miasta. Właściwie moje chodzenie polegało na dojściu na parking, a potem przyszedł sezon na bikini, więc dodatkowo musiałam kupić karnet na siłownię.... Za hajs matki baluj - chodzi mi po głowie, kiedy o tym dzisiaj pomyślę.



A skoro burżuazja pełną piersią - to i limuzyna być musi.
Żółta na przykład, tak dla odmiany :

Taką poruszałam się ostatnie trzy lata. Pamiętna 7.43 była umowną granicą między Alą, a szoferem, który usilnie chciał mnie nauczyć punktualności i lubił radośnie machać, kiedy nie mogłam już dobiec do drzwi.
Tak czy inaczej - nie ma nic bardziej oszczędnego niż długoterminowy bilet na komunikację miejską.




W takim Lubinie chociażby dzienna stawka za korzystanie z autobusu wynosi 1,40 zł (bilet ulgowy). Za taką  kwotę możecie sobie kursować przez całą dobę, wzdłuż i wszerz miasta ile razy tylko zapragniecie. Dla porównania jednorazowy przejazd, czyli właśnie ten papierowy, standardowy bilet z kiosku czy automatu jest 10 groszy droższy, a z tego co kojarzę można na nim przejechać maksymalnie 45 minut....

Dodatkowym plusem biletów okresowych jest fakt, że jeśli decydujesz się na ważność dłuższą niż 31 dni, dostajesz coś na kształt rabatów, które w moim rodzinnym mieście prezentują się następująco :

15% za okres od 32 do 62 dni, 
25% za okres od 63 do 93 dni, 
30% za okres od 94 do 365 dni.

Osobiście praktycznie zawsze decydowałam się na półroczny, więc cena mojego biletu momentami była śmiesznie niska. Oczywiście takie stawki ustalane są z góry i kwota za przejazd zależna jest od miejsca w którym jeździcie. Znalazłam więc dla Was porównywalne zestawienie cen biletów komunikacji miejskiej w większych miastach Polski:

Jako poznańska pyra przeznaczam 1,40 zł na 15 minut przejażdżki, które są wymienne na 10-przystankową trasę. Warto zaznaczyć, że oferta '10 przystanków' dotyczy podróży bez przesiadek - co w tak dużym mieście często-gęsto graniczy z cudem. Dodatkowo Poznań kreuje się na miasto innowacji, rozkopano go więc w całości, pod pretekstem remontu dróg przez co moja 5-przystankowa droga na uczelnię zamienia się w 20-minutową gehennę stania w korkach. Nasuwam wygodne buty i w odróżnieniu do zaopatrzonych w miesięczne bilety współlokatorek - napawam się smolistym powietrzem, biorąc udział w półgodzinnym marszu oszczędnej studentki. 

Godzina siłowni za darmo, a pieniądze na bilet w kieszeni.

Po napisaniu tej notki, sprzedałam także samochód, a zarobek przelałam na lokatę.
-manipulantka.

środa, 6 listopada 2013

O komputerach słów kilka

Co widzi mały człowiek gdy pierwszy raz otwiera swoje nienaturalnie duże oczy? Mamę? Pielęgniarkę? Może sufit, albo wszechobecną mgłę, ponieważ jako początkujący w dziedzinie spojrzeń daje rade tylko na 30 cm? Wszystkie odpowiedzi można zaokrąglić do światła. Nasz podobno najlepiej rozwinięty gatunek na planecie żeby zobaczyć cokolwiek innego niż cień własnych powiek potrzebuje światła. Pewnie dlatego wszystkie nowinki technologiczne błyszczą się / migają / oślepiają przy użyciu różnokolorowych żaróweczek. Fajna sprawa. Szkoda, że nie ma nic za darmo i sztuczne wszechobecne światło ma swoją ekonomiczną wartość.

Oczywistym jest, że do nauki niezbędny jest komputer. Najlepiej laptop, bo wtedy można studiować fejsa np. w galerii handlowej. Jeden i drugi świeci i zużywa prąd, przedstawię teraz kilka ciekawych zagadnień związanych z eksploatacją komputerów.


Zamknij. Uśpij. Hibernacja -> Co?

Nowe systemy oferują nam już co najmniej trzy opcję "zamknięcia systemu":

a) Tradycyjne wyłączenie, terminu wyjaśniać nie trzeba, ale warto zauważyć, że prąd nadal jest pobierany. W ilościach minimalnych, przeliczając na jedyne ekscytujące liczby wyjdzie lekko ponad 10 złotówek rocznie(!), ale można wyprowadzić dość istotne spostrzeżenie: urządzenia elektryczne wszelkiej maści prądu nie pobierają tylko gdy są fizycznie odłączone od gniazdka. Zdaje się, że niektórzy całkowicie zaniechali już stosowania realnego wyłączenia, najprościej jedynie zamknąć matrycę : ) Znam to, lecz jednak z punktu widzenia oszczędzania zarówno prądu jak i żywotności podzespołów warto by go chociaż raz na parę dni zamknąć system. Dzięki temu uciszymy wiele zbędnych i działających w tle procesów, przyspieszymy prędkość obsługi danych i zmniejszymy zużycie prądu etc... Trust me, I'm an engineer !

b) Uśpij. Większość procesów i podzespołów komputera jest wyłączana, jednak część z nich nadal zasysa energie z niewinnej baterii, co zależnie od miliona innych czynników, prędzej czy później doprowadzi do jej rozładowania. System nie jest zamykany, a więc momentalnie możemy wrócić do otwartych aplikacji. Genialna sprawa gdy od kompa odchodzimy na chwilę, kilka godzin. Wraz z rozwojem technologii i systemów tryb stand by zmniejsza swoje zużycie prądu, ale jednak uśpienie jest kosztowniejsze niż pozostałe opcję. Warto dodać, że prawdopodobnie to właśnie uśpienie uruchamia się domyślnie wraz z zamknięciem ekranu laptopa. A co dzieję się gdy w śpiącym netbooku pada bateria? Jeżeli posiadamy system Windows 7 lub nowszy, automatycznie przechodzi on w stan hibernacji, przy starszych tracimy dane.

c) Hibernacja, zapisanie danych o aktualnych procesach na pamięci dysku twardego i wyłączenie zasilania. Pobór prądu jest niwelowany do tego, jaki występuje w wyłączonym komputerze. Praktycznie: wszystkie niezapisane dane zostaną przywrócone, uruchomienie potrwa to dłużej niż przy powrocie z uśpienia, za to będzie taniej. No i bateria dłużej wytrzyma na zahibernowanym niż na uśpionym.

Myślę, że przyjemnie jest znać znaczenie terminów związanych z urządzeniami, których używamy codziennie. Warto zauważyć, że oszczędzanie prądu nie jest spektakularne, gdy rozpatruje się je na pojedynczych urządzeniach, jak wyżej - komputer. Jednak każda migająca dioda tylko przez noce rocznie pozbawia nas 5 - 15 zł, łącznie może to zbudować pewną sumkę.

Tymczasem,
nonsensowny

poniedziałek, 4 listopada 2013

Czy ja naprawdę tego potrzebuję ?

Nigdy w życiu nie uważałam siebie za kobiecą. Lubiłam dyskutować z facetami, nie kręciły mnie pogawędki o kotkach, a ocieranie się o chłopców w klubie stanowiłoby ostatni punkt na liście miejsc, które odwiedziłabym przed śmiercią. I jeżeli Wy, jesteście typem takowej Ali lub (z całym szacunkiem moje Panie) należycie raczej do jej przeciwieństwa, to z pewnością złoty środek znajdujemy w jednym punkcie. Ile bowiem testosteronu by we mnie nie było, zawsze, ponad wszystko będę kochała... wyprzedaże.


Pod koniec każdego sezonu czerwono krwisty wyraz na bannerach brzmi niemal jak zapowiedź lepszego życia. Słowa typu : Promocja, Sale, czy obniżka cen, szeptane do ucha ze sklepowych wystaw, wywołują we mnie dreszcze i nawet teraz, kiedy powinnam przynajmniej zgrywać biedną studentkę, bezwarunkowo muszę wejść do środka. Oczywiście zawsze towarzyszy temu wymówka "Wstąpię tylko pooglądać", ale wszyscy wiemy, że nowa para butów nie zadaje pytań ....

Tylko, czy ja naprawdę potrzebuję odpowiedzi, a rzeczy na wyprzedażach faktycznie są tańsze ? 


Właśnie. To czysty marketing i kwestia nie tylko ciuchów...

..bo wchodzicie rano do biedronki. Świeżych bułek się zachciało na śniadanie. 

Myślicie, że im się naprawdę opłaca kupowanie tego pożal się Boże piecyka i wypiekanie wcześniej przygotowanych bułeczek w markecie ?
Pieczywo jest akurat na wejściu, więc uderza was zapach chrupiącej skórki, a mózg rusza szeroka gama rodzai chlebka. Nagle, niczym kobieta w ciąży macie ochotę na twarożek, szynkę i pomidora. Nieważne, że coś do chleba (a nawet wszystkie z tych rzeczy) są w waszej lodówce. Bez wahania wrzucacie tonę żarcia do koszyka, zainspirowani wyłącznie jedną bułką. 

PR... manipulacja na którą dajemy się codziennie nabierać.


Żeby nie dać się omamić potrzebna jest Wam (i mnie także) prosta terapia antyzakupoholicza. 
Bez zerwania z nałogiem nie uda się Wam skutecznie zaoszczędzić. 
Oto trzy złote zasady:

1.Rób listę zakupów przed każdym wyjściem. Nawet jeśli nie planujesz wydatków, miej ją zawsze przy sobie. Nigdy nie wiadomo kiedy na wystawie pojawi się coś kuszącego. Wypunktowane niezbędniki w portfelu będą Cię odciągać od wyrzutu dodatkowych pieniędzy.

2.Ustal limity. Załóż, że dziennie możesz wydać 20 zł na jedzenie i raz na dwa tygodnie możesz sobie pozwolić na nową bluzkę, czy wyjście do kina

3. Pomyśl czy dany zakup jest konieczny. Przed dojściem do kasy zadaj sobie pytanie "Czy to jest mi naprawdę potrzebne ?". Ilekroć jest tak, że w naszej szafie pojawia się kolejna czarna sukienka, czy dodatkowa para identycznych trampek. Czasami nie tylko wydajemy zbędne pieniądze, ale i stajemy się nałogowymi zbieraczami, przez co często zagracamy sobie pokój. To, że moda co sezon wraca, nie znaczy, że masz za nią idiotycznie podążać. Idiotą przecież nie jesteś.


Żebyście nie dali się zwariować: ostatnie otwarcie galerii City Center w Poznaniu

-manipulantka.